Sekrety.
Każdy jakieś ma. Wielkie, zwyczajne i te zupełnie maleńkie. Jeden, dwa i mnóstwo.
Czasem tylko swoje, czasem też cudze. Lekkie drobiazgi i ciążące tajemnice.
Czasem wypuszczamy je na wolność, mówiąc o nich komuś innemu. Wtedy przestają
być sekretami. Ale na ich miejsce pojawiają się nowe. Sekrety. Bo każdy je ma.
Historia,
w której można się zatracić. Napisana sennym, przyjemnym językiem. Wylewająca
się zza kart i kusząca zdradą sekretu. Przyciągająca i leniwie odsłaniająca
drobne obrazki, z których można stworzyć makatkę dawnej rzeczywistości.
Momentami zbyt przekombinowana, bo zagubiłam się w szukaniu sekretu. I zbyt
wydumana, bo francuskie wstawki były niepotrzebnie przejaskrawione. Mimo to,
nie mogłam się oderwać, aż do ostatniej kartki.
Poznałam
sekret zegarmistrza. I opowieść. I czasem dobrze jest nie wiedzieć. Nie
wiedzieć na pewno. Niektóre tajemnice są zbyt bolesne i zbyt głęboko schowane,
by wypuszczenie ich na wolność było właściwe. Bo czasem ranią nie tego kto miał
swój sekret, ale tego, kto postanowił do niego zajrzeć. Refleksyjna.
Opis książki:
Lena mieszka w odziedziczonym po przodkach dworku na Podlasiu. Rytm jej życiu nadaje tykanie starych zegarków, pamiątek po dziadku zegarmistrzu. Spokojne życie niespodziewanie nabiera barw, gdy odkrywa pewne znalezisko – nadpalony dziennik z 1884 roku.
Notatki są bardzo zniszczone, ale udaje się odczytać nazwisko – Emilie de Fleury. Czy to ona jest autorką dziennika? Co łączy rodzinę Leny z właścicielką butiku na południu Francji?
W poszukiwaniu odpowiedzi Lena i jej córka udadzą się w podróż do słonecznej Prowansji. Nie wiedzą jednak, że komuś bardzo zależy na tym, by rodzinne sekrety nigdy nie ujrzały światła dziennego. Grozi im prawdziwe niebezpieczeństwo…
Moja ocena 4.5/6
